Konsultacja tu czy tam

0
970

Należę do grona tych osób, które korzystają z prywatnej opieki medycznej pod postacią ubezpieczenia zdrowotnego. Należę zatem do grona liczącego już ponad 4,6 miliona Polek i Polaków, którzy uciekając przed niedogodnościami związanymi z publiczną opieką medyczną, przedpłacają ustalone kwoty za obiecane usługi medyczne.

Nie wiem, czy jest powód do zadowolenia, że liczba prywatnie ubezpieczonych systematycznie wzrasta, bo w ślad za nimi nie przyrasta (takie mam wrażenie) liczba lekarzy, którzy są w stanie obsłużyć pacjentów oczekujących lepszego, profesjonalnego traktowania, krótszych terminów na konsultacje. Różne mam doświadczenia w tym względzie. Raz lepsze, innym razem gorsze. O terminach oczekiwania na konsultacje lekarzy specjalistów pisać nie będę, bo za wszystko wystarczą opinie publikowane na forach internetowych. Terminy umowne są rzeczywiście umowne – mają zastosowanie, gdy uda się umówić konsultację online lub telefonicznie. Łatwiej o badania ambulatoryjne i diagnostyczne, acz uzyskanie skierowania może sprawić problem (jeden z lekarzy w sieciówce medycznej przyznał mi, że jest rozliczany przez przełożonych i może lepiej byłoby, gdybym to skierowanie na rezonans załatwił przez lekarza rodzinnego). Płacę podatek zdrowotny z dwóch podstaw, płacę za prywatne ubezpieczenie zdrowotne, w sumie niemałe pieniądze. Wciąż za mało.

Wizytę u specjalisty udało mi się umówić w placówce własnej sieci medycznej. Przydeptywałem przy okienku recepcjonistki z nogi na nogę, starając się ją przekonać o pilności konsultacji. Online przez najbliższe dwa tygodnie w tej i innych placówkach własnych nie było to możliwe. Wszystkie terminy zajęte. Liczyłem na to, że w kolejnych dniach może się uda, ale moje nadzieje okazały się płonne. Recepcjonistka popatrzyła to na mnie, to na mój pesel, uznając zapewne, że budzi respekt i wymaga okazania pomocy, sprawdziła w komputerze własne możliwości i… bingo. Za tydzień konsultacja została umówiona. Podziękowałem wielce.

W oczekiwaniu na konsultację. W poczekalni na szczęście nie kłębi się tłum. Wszyscy ze wzrokiem wpatrzonym w ekrany smartfonów, ale na moje „dzień dobry” ktoś odpowiedział. Ciszę zakłóca jedynie pracujący klimatyzator, który bardziej spełnia funkcję wiatraka niż klimatyzatora. Z gabinetu lekarskiego dobiega donośny głos lekarza i czasami głos pacjentki. Lekarz przepytuje i jednocześnie odpowiada na zadawane pytania. Wszystkie kwestie czytelne dla oczekujących na wizytę. Może stąd ta cisza. Oto bowiem mimowolnie poznajemy historię dolegliwości młodej, jak się za chwilę okazuje, pacjentki. Jak się to ma do ochrony danych osobowych i praw pacjenta?

Konsultacja. Moja kolej, wchodzę. Podniesionym głosem wita mnie lekarz i oddzielony ścianką z plexiglasu, patrząc w ekran monitora, stwierdza: – O, jesteśmy rówieśnikami! Co prawda pan jest nieco młodszy, ale jesteśmy w zbliżonym wieku… Myślę – fajny gość, ociepla atmosferę, łapie kontakt. Odpowiadam ściszonym głosem, że jestem tu w celu przeprowadzenia badania profilaktycznego, zaniepokojony systematycznym wzrostem zachorowań na pewien rodzaj nowotworów męskich, a ostatnie takie nieprzyjemne badanie przeprowadzałem dziewięć miesięcy temu. Na co dzień robię w ludzkim nieszczęściu, dużo tego… Lepiej zapobiegać, niż leczyć, i takie tam…

A lekarz patrzy w ekran, czyta głośno moje poprzednie wyniki badań i pyta: – Pan tu na abonament? Potwierdzam. I dalej: – Kto panu przepisał ten lek? Odpowiadam. A on: – Nie znam tego lekarza, jakiś młody chyba, trzeba zwiększyć dawkę… Po badaniu wypisuje skierowanie na PSA i USG, a żegnając, dodaje: – Prowadzę też prywatną praktykę… Dawki leku nie zwiększa.

Sławomir Dąblewski

dablewski@gmail.com