Rozmowa z Jarosławem Leszkowiczem, doradcą finansowym w Phinance
Aleksandra E. Wysocka: – Odszedłeś z Phinance, żeby potem wrócić. Skąd taka decyzja?
Jarosław Leszkowicz: – Właściwie nie odszedłem z Phinance, tylko z Efektu, czyli organizacji, która później przekształciła się w Phinance. To ważne rozróżnienie, bo mówimy o dwóch różnych etapach rozwoju firmy.
Tamten model był oparty głównie na jednym segmencie, czyli produktach regularnego oszczędzania. Oferta była wąska, a ścieżka kariery prowadziła głównie w stronę zarządzania ludźmi. Jeśli ktoś chciał być ekspertem produktowym albo rozwijać kilka kompetencji jednocześnie, przestrzeń do rozwoju była ograniczona.
Czyli odszedłeś nie z powodu branży, tylko z powodu modelu działania?
– Wiedziałem, że rynek finansowy daje ogromne możliwości, ale chciałem działać szerzej. Dlatego stworzyłem własny podmiot, który z czasem rozwinął cztery linie produktowe. To była cenna szkoła przedsiębiorczości.
Własna firma brzmi jak wolność. Gdzie pojawił się problem?
– Wolność jest atrakcyjna, dopóki nie okazuje się, że wszystko spoczywa na twoich barkach. Odpowiadasz za sprzedaż, rekrutację, procesy, ludzi, technologię, dokumenty, marketing i codzienne drobiazgi. W praktyce właściciel ma często mniej swobody niż jego zespół. Zamiast rozwijać biznes, zaczyna zarządzać chaosem.
Co najmocniej zweryfikowało ten model?
– Pandemia i rosnące wymagania rynku. Klient oczekuje dziś szybkości, zdalnej obsługi, bezpieczeństwa danych, sprawnych procesów i szerokiej oferty. Do tego dochodzą regulacje, jak RODO czy AML. Duże organizacje budują takie zaplecze latami. Samodzielnie to bardzo kosztowne i czasochłonne.
I wtedy znów pojawiło się Phinance?
– Tak. Punktem wyjścia był leasing. Przygotowywałem finansowanie dla jednego z menedżerów firmy i okazało się, że lokalnie potrafimy dostarczyć bardzo konkurencyjne rozwiązanie. To otworzyło rozmowę o współpracy. Leasing pokazał, że specjalizacja plus skala organizacji daje dziś ogromną przewagę.
Co zobaczyłeś po powrocie?
– Zupełnie inną organizację. Dziś Phinance to siedem linii produktowych i realna multiproduktowość. Ubezpieczenia, kredyty, leasing, inwestycje i kolejne obszary. Do tego CRM, intranet, back office, marketing, szkolenia. To nie jest już firma oparta na jednym pomyśle, tylko platforma doradcza.
Jak zmienia to codzienność doradcy?
– Radykalnie. Możesz rozwiązywać więcej problemów klienta w jednym miejscu. Firma potrzebuje leasingu, ochrony majątku i finansowania inwestycji. Właściciel chce zabezpieczenia życia i planu prywatnych finansów. Zamiast odsyłać go po rynku, możesz koordynować całość.
A co z rozwojem ludzi?
– Dziś ścieżek jest więcej. Można budować zespół, ale można też rozwijać się ekspercko. Nie każdy świetny specjalista chce zostać menedżerem. To dojrzała organizacja rozumie.
Dlaczego coraz więcej osób wraca do większych struktur?
– Bo skończyły się czasy partyzantki. Klient chce jakości, tempa, bezpieczeństwa i szerokich kompetencji. Samotny doradca bez zaplecza ma dziś coraz trudniejsze zadanie.
Dziękuję za rozmowę.
Aleksandra E. Wysocka








